22 lutego 2017

„I don’t care if it’s a sad good-bye or a bad good-bye, but when I leave a place I like to know I’m leaving it. If you don’t you feel even worse”

Out of the starless night that covers me,
(O tribulation of the wind that rolls!)
Black as the cloud of some tremendous spell,
The susurration of the sighing sea
Sounds like the sobbing whisper of two souls
That tremble in a passion of farewell.

To the desires that trebled life in me,
(O melancholy of the wind that rolls!)
The dreams that seemed the future to foretell,
The hopes that mounted herward like the sea,
To all the sweet things sent on happy souls,
I cannot choose but bid a mute farewell”

     - Mieszka pod ósemką z żoną i córką. Zawsze wiedziałam, że coś takiego mu strzeli do głowy. Nic tylko siedziałby pod sklepem, a do pracy to nie ma komu chodzić. Aż dziwne, że ta kobieta z nim wytrzymuje. Jeszcze ta kruszynka mała, codziennie musi patrzeć na tego pajaca...
     - Dziękujemy pani. Może pozwoli nam pani pracować? - przerwał jej Tony sprawdzając źrenice nieprzytomnego mężczyzny.
     - Saturacja dziewięćdziesiąt osiem, ciśnienie sto trzydzieści pięć na siedemdziesiąt – usłyszał od młodej ratowniczki.
      - W takim razie podłącz monitor i sprawdzimy jak serce – odparł i rozejrzał się lekko dookoła.
    - Wygląda jakby szukał pomocy – stwierdził po chwili nadal klęcząc na ziemi i obserwując otoczenie, kiedy to ratowniczka utkwiła wzrok w monitorze.
     - Co?
     - Pijak pijakiem, myślisz, że biegałby koło bloku w piżamie? Coś mi tu nie gra. Facet na razie jest w normie, zostań z nim, sprawdzę czy ktoś jest w mieszkaniu. - Tony wstał zarzucając na ramię jedną z toreb i ruszył na klatkę schodową zatrzymując się dopiero przed numerem ósmym. Zapukał głośno wsłuchując się w odgłosy wewnątrz, ale odpowiedziała mu tylko cisza. Nacisnął na klamkę, a drzwi o dziwo ustąpiły bez najmniejszego problemu.
     - Halo? Pogotowie ratunkowe, jest tu ktoś? - zawołał zaglądając do środka. A potem zobaczył tylko czyjeś nogi w progu jakiegoś pokoju i instynktownie wstrzymał oddech wchodząc do środka. Podbiegł do nieprzytomnej kobiety, sprawdził czy oddycha, a potem szybko otworzył na oścież okno. Następnie wyciągnął prawdopodobnie żonę pacjenta z dołu na klatkę schodową i wyszarpnął z kieszeni krótkofalówkę.
     - Lucy, to tlenek węgla. Zawiadom służby i niech przyślą dodatkową karetkę. Mam tu kobietę. W środku może być jeszcze dziecko – odparł szybko. Musiał zostawić nieprzytomną kolejną pacjentkę i ruszyć w poszukiwaniu dziecka. Dziecka, które mogło już nie żyć. Starał się nie przyjmować tego do wiadomości, ale wiedział, że każda kolejna minuta w tym mieszkaniu nie wróżyła niczego dobrego.
     Na szczęście parę godzin później było już po dyżurze i Tony wychodził z dystrybutorni wraz z Lucy. Miał w planach zadzwonić do opiekunki Gabrielle i sprawdzić czy u nich wszystko okej.
     - Dobrze, że mała była u koleżanki, co? Na bank byłoby po niej, nawet nie chcę o tym myśleć – usłyszał od świeżo upieczonej pani ratownik.
     Hathcock tylko kiwnął głową. Nowa koleżanka również miała dziecko. Domyślał się, że myśleli o tym samym. Rodzic nie potrafił sobie wyobrazić utraty podopiecznego, ciężko było nawet o tym mówić w czysto hipotetycznym kontekście.
     - Do zobaczenia – odparł zmierzając w kierunku zamówionej kilka minut temu taksówki. A kiedy już miał znaleziony numer do opiekunki Gabrielle nie dane mu było go wybrać. Na ekranie wyświetlił mu się obcy numer, więc chcąc nie chcąc odebrał.
     - Hathcock – odparł wsiadając do taksówki. Miał zamiar od razu podać adres osiedla, ale głos w słuchawce mu to uniemożliwił.
      - Anthon, to ja... - usłyszał słaby głos.
     - Moment – zwrócił się do kierowcy wychodząc z powrotem na parking. - Lilian? Co się stało? - zapytał od razu nawet nie myśląc o tym, skąd dziewczyna może mieć jego numer. Odpowiedziała mu tylko cisza, co zaniepokoiło go jeszcze bardziej.
     - Ja... Pomyślałam, że mógłbyś...
     - Lilian?
     - Umieram, Anthon...
     - Lily, gdzie jesteś? Co się dzieje? - Hathcock rozejrzał się wokół jakby spodziewał się zobaczyć młodszą siostrę Willa gdzieś na parkingu.
     - Nie chciałam ci sprawiać kłopotów. Ja tylko... Jestem w Amsterdamie, w hotelu. Chyba nie dam rady...
     W Amsterdamie? W hotelu?
     - Zaraz tam będę, podaj mi adres. Lilian, słyszysz? Pomogę ci, tylko powiedz mi, gdzie jesteś – mówił szybko wsiadając z powrotem do taksówki. Nie dowierzał, że to działo się naprawdę. Dziewczyna brzmiała, jakby naprawdę miała umierać, ale nie miał pojęcia o co chodzi. Co robiła w Holandii, dlaczego dzwoniła do niego i dlaczego, na litość boską, mówiła, że umiera?
     Kilkanaście minut później wpadł do hotelu jakby się paliło. Numer pokoju zdobył dopiero po krótkiej kłótni o zagrożeniu życia i razem z recepcjonistą pobiegli do odpowiedniego pokoju, który nieznajomy mężczyzna otworzył zapasowym kluczem. Tony pierwsze, co zobaczył to zwinięte na podłodze, wychudzone ciało Lilian. Upartej, wiecznie uśmiechniętej, młodszej siostry Willa.
    - Zadzwoń po karetkę – rzucił do recepcjonisty klękając obok dziewczyny i podnosząc ją lekko na swoje uda. Pierwsze skojarzenie było takie, iż przedawkowała narkotyki. Tylko, że ona nigdy nie wzięłaby tego świństwa. Więc? Była chora. Była bardzo chora. Widział to w jej szarej twarzy, chudym ciele i ledwo otwierających się oczach.
    - Umieram... - wyszeptała próbując utkwić swój wzrok w mężczyźnie, co nie było takie łatwe.
    - Nie, zaraz będzie tu lekarz, spokojnie. Zostaw nas – rzucił do recepcjonisty i wziął dziewczynę na ręce, żeby położyć ją na łóżku.
    - Co się dzieje? Lilian, powiedz mi, co się dzieje – poprosił siadając obok.
    - Nie chodziłam na chemię, to i tak by nie pomogło. Chyba... Chyba późno mnie zdiagnozowali, były już przerzuty i... - jęknęła cicho zwijając się, kiedy jakiś spazm bólu dał o sobie znać.
    - Dlaczego twoja mama do mnie nie zadzwoniła? Przecież bym wam pomógł. - Musiał o to spytać. Lilian męczyła się z chorobą, gdyby tylko wiedział na pewno starałby się zrobić cokolwiek. Nie tylko ze względu na Willa. Rodzina jego przyjaciela była też jego rodziną.
    - Poprosiłam ją. Miałeś swoje sprawy. Wiedziałam, że rzuciłbyś wszystko, a miałeś okazję rozpocząć nowe życie – odpowiedziała cicho wydając z siebie ciche westchnienie.
    Miała rację. W Amsterdamie rozpoczął wszystko od nowa. Z dala o wszystkim, co przypominało mu o tym, co przeszedł. Nie pomyślał jednak o innych. A kiedy patrzył na udręczoną bólem twarz młodej kobiety ściskało go coś w żołądku. Przecież widział, że umierała. Umierała i zdołała jeszcze przyjechać do Holandii, żeby móc go zobaczyć.
    - Zawsze cię kochałam – usłyszał i mimowolnie mocniej ścisnął rękę Lilian.
    - Wiem, Lily. Wiem – wyszeptał odgarniając jej włosy z gorącego od gorączki czoła.
   - Ciągle mi mówił, że jestem dla ciebie dzieciakiem. Potem widziałam jak patrzysz na Cassie. I byłam szczęśliwa, że jesteś szczęśliwy. A Will powtarzał, że jeśli tylko spróbuję zepsuć ci małżeństwo to mnie zabije – dodała próbując się zaśmiać, ale grymas bólu zmył z twarzy uśmiech.
     Tony wstał szybko z łóżka sięgając po swój plecak. Nie mógł dłużej czekać na pogotowie. Przecież wiedział. A tylko tyle mógł zrobić.
    - Anthon, boli... - Usłyszał cichy jęk, a potem już głośniejszy, przechodzący w stłumiony krzyk. Doskoczył do łóżka ze strzykawką w momencie, kiedy dziewczyna zaczęła się szamotać.
    - Ciii, już jestem. Zaraz będzie lepiej, wytrzymaj. - Przytrzymał mocniej jej rękę, wbił igłę z ratowniczą łatwością i nacisnął tłoczek. Dopiero kiedy odkładał strzykawkę na stolik zauważył, że zadrżała mu dłoń. Zacisnął zęby jakby sam odczuwał ból. Usiadł znowu na łóżku pozwalając by Lily ściskała jego ramię. Morfina dawała jej chociaż namiastkę spokoju.
     - Poddałam się – wyszeptała już z trudem otwierając oczy.
Tony pokręcił głową.
    - Nie, nie mów tak.
    - Ja chcę tylko już go zobaczyć... I nie chciałam, żeby mama mnie taką widziała. Ja tylko... Już się nie boję.
   Hathcock znowu odgarnął włosy z wilgotnego czoła kobiety i przytrzymał swoją dłoń na jej policzku. Słyszał dźwięk syreny. Wiedział, że do minuty w pokoju znajdą się wezwani przez niego ratownicy. Wiedział też, że już nic nie będą mogli zrobić. Tak, jak on. Mógł tylko ulżyć Lily w cierpieniu, być z nią w tym najgorszym czasie. Bo z wszystkich ludzi wybrała właśnie jego.  

~*~

And to the girl who was so much to me
(O lamentation of this wind that rolls!)
Since I may not the life of her compel,
Out of the night, beside the sounding sea,
Full of the love that might have blent our souls,
A sad, a last, a long, supreme farewell”

     - Cześć, co robisz? - zapytał patrząc na kawałek papieru i pióro w dłoni Cassie.
     - Ty masz dla mnie list. Pomyślałam, że też coś napiszę, ale nie wiedziałam jak się za to zabrać – wyznała patrząc nadal na białą, niezapisaną kartkę.
      Anthony usiadł obok.
     - Nie musisz pisać. Jestem tutaj, możesz mi powiedzieć.
     Przez chwilę siedzieli w milczeniu. Cassie patrząc w białą, niezapisaną kartkę, bawiąc się piórem, którego zawsze używała. Tony patrzył na swoją żonę nie mając pojęcia, co działo się w jej głowie.
     - Możesz powiedzieć mi wszystko – powiedział po kolejnych, długich minutach. Chciał jej dodać otuchy. Chciał usłyszeć, że nie powinien jechać. Chciał, żeby okazała się egoistyczna, żeby kazała mu zostać. Tylko czy wtedy nie zacząłby nienawidzić tego życia? Czy na pewno byłby wdzięczny? Jednak nie usłyszał od swojej żony tego, czego oczekiwał.
     - Chciałam napisać, że się boję. Miałam spytać, jak znaleźć odwagę, żeby cię kochać, kiedy boję się, kiedy wyjeżdżasz. Chciałam napisać, że nigdy nie będę tak odważna, jak ty. Nie wiem, co zrobić, żeby nie czuć przerażenia, za każdym razem kiedy dzwoni telefon. I kiedy cię nie ma, umieram za każdym razem, kiedy ktoś puka do drzwi. Ale... - Pierwsze krople łez spadły na papier, więc Cassie uniosła głowę spoglądając na Hathcocka. - Ale powtarzam sobie, że czas stanął w miejscu, że nikt nigdy nie odbierze mi ciebie. Chciałam napisać, że będę odważna. Że nie ważne, gdzie będziesz i tak będziemy razem, że odnajdę ciebie i twoje dobre serce. I nie ważne, co będę musiała zrobić. Będę na ciebie czekać, nawet jeśli zajmie to resztę mojego czasu. Ponieważ jesteś wyjątkowy. I to wcale nie jest nie w porządku, bo kocham cię całą sobą.
     Anthony patrzył jak kolejne krople łez spływają po policzkach jego ukochanej i nawet nie zauważył, że sam dał upust emocjom. Nie żegnali się. Nigdy się nie żegnali, bo przecież znowu się zobaczą. Chociaż tym razem było inaczej, było ciężej. Jakby już nigdy miał nie wrócić...
     - Boję się, Cassie. Boję się za każdym razem, kiedy zostawiam ciebie, ciebie i Elle same. Ale kocham cię od tylu lat i nie przestanę przez kolejne sto, tysiąc.
     Złożył na jej ustach pocałunek pełen miłości. Poczuł na swoim karku dłoń kobiety i doskonale wiedział, co robiła. Trzymała palce w miejscu, gdzie już na zawsze pozostanie bliskie mu serce przesłanie, semper fidelis.
     Nie poprosiła, żeby został.  

~*~
I am the Reaper.
All things with heedful hook
Silent I gather.
Pale roses touched with the spring,
Tall corn in summer,
Fruits rich with autumn, and frail winter blossoms—
Reaping, still reaping—
All things with heedful hook
Timely I gather.

I am the Sower.
All the unbodied life
Runs through my seed-sheet.
Atom with atom wed,
Each quickening the other,
Fall through my hands, ever changing, still changeless.
Ceaselessly sowing,
Life, incorruptible life,
Flows from my seed-sheet”

     Hathcock skończył zapisywanie kolejnych ćwiczeń z języka angielskiego dla Gabrielle i podał jej kartkę. Kiedy dziewczynka rozwiązywała przykłady, Tony zajął się swoją lekturą, którą udało mu się ostatnio zakupić. A przynajmniej starał się to robić, chyba nie bardzo mu wyszło.
     - Tato?
     - Hm?
     - Gapisz się na tę stronę już dwadzieścia minut. Wszystko w porządku?
     - Zamyśliłem się. Kończysz już? - spytał unosząc wzrok, żeby sprawdzić czy dziewięciolatka rozwiązuje zadania.
     - Mówiłeś, że przyjdziesz dzisiaj wcześniej. Długo cię nie było – zauważyła sprytnie na chwilę zapominając o ćwiczeniach, które leżały przed nią na stole.
     - Coś mnie zatrzymało. Rozwiązuj dalej – odparł po krótkiej chwili na powrót wracając spojrzeniem do lektury. Ale tak jak poprzednio nie bardzo mógł się skupić na tym, co czytał. Jego myśli błądziły do sytuacji sprzed kilku godzin. Gdzie to znowu on musiał być posłańcem złych wieści, gdzie musiał dopełnić formalności. Gdzie starał się zrozumieć, co właśnie się stało.
     - Zamieszkasz z nią? - usłyszał zupełnie znienacka. Uniósł wzrok na siedzącą w fotelu Gabrielle, która nadal zawzięcie coś notowała, jakby to pytanie było tylko wybrykiem natury.
     - Z nią? - zapytał unosząc nieco brew. Oczywiście wiedział o kogo chodzi, ale jakby spodziewając się, że ten temat kiedyś zostanie zaczęty, chciał zyskać dla siebie trochę czasu.
     - Z ciocią Renée. Kiedyś tu wróci, prawda? I zamieszkacie razem? - Gabrielle odłożyła długopis i spojrzała na swojego ojca tak bardzo dorosłymi oczami, że na chwilę wręcz się wystraszył. Czy to dziecko na pewno zbliża się do dziesięciu, a nie dwudziestu lat?
     - Jeśli już to zamieszkalibyśmy wszyscy razem, Elle. Być może, tak. – Odłożył książkę czując, że trudna rozmowa czekała ich właśnie teraz. Szczególnie, że uśmiech z twarzy córki jak do tej pory zniknął. - Nie chciałabyś? Chyba lubisz Renée – zauważył wpatrując się w swoją córkę, jakby oczekiwał chwili wybuchu. Nie wyglądało na to, by miał się zdarzyć. Gabrielle jednak odwróciła wzrok.
     - Lubię ją. Ale nie potrafię zapomnieć o mamie. Ty zapomniałeś. - Tony wyczuł żal w głosie córki. Wyglądało na to, że dziewięciolatka widziała więcej niż mogłoby mu się wydawać. Prawdopodobnie zauważyła, że latali do Stanów nie tylko odwiedzać przyjaciółkę rodziny.
     - Nie zapomniałem – odpowiedział automatycznie. Wstał, żeby podejść do dziewczynki. Nie mógł pozwolić, żeby właśnie tak myślała. I jeśli to był jedyny powód smutku, musiał to jakoś rozwiązać. - Twoja mama dała mi coś, za co będę dziękował jej do końca życia – powiedział kucając przed Gabrielle i chowając jej drobne dłonie w swoich. - Ale nic nie poradzę na to, że minęło bardzo dużo czasu i... Zakochałem się, trzmielu. Renée już od dawna jest w naszym życiu. W moim i twoim. Nie zastąpi twojej mamy, ale będzie jeśli ty będziesz tego potrzebować. A uwierz mi, czasami ojciec będzie większą siarą niż dobra przyjaciółka, co? - Uśmiechnął się lekko i poczuł ulgę widząc, że Gabrielle również się uśmiecha.
     - Jest w porządku. Ale jeszcze nie chcę, żeby coś się zmieniało. Nie będziesz zły?
     - Nie, nie będę. – Uśmiechnął się lekko. - Wiesz co? Wystarczy tych ćwiczeń – stwierdził zabierając kartkę z gramatyką, żeby Elle nie mogła kontynuować rozwiązywania zadań.
     - I'm free? - zapytała unosząc brew zupełnie jak jej ojciec.
     - Yeah, definitely – oznajmił.
     - I love you, daddy.
     - I love you too, bumblebee.
     Tony uśmiechnął się odprowadzając wzrokiem dziewięciolatkę. Odczekał jeszcze około dziesięciu minut, kiedy poddał się i odłożył książkę na stolik. Nie było sensu się oszukiwać – nie mógł się skupić na czytaniu. Hathcock poszedł do kuchni wiedząc, że jest tylko jedno jedne wyjście z sytuacji.
     Alkohol.
     Dlatego po kilku chwilach niósł szklankę wypełnioną kostkami lodu do swojej sypialni. Otworzył szafkę i wyjął z niej szklaną butelkę i wlał do naczynia lekko zabarwionego trunku. Jego słabość z jego ojczyzny, burbon.
     - Zdrowie – mruknął upijając łyk. Wyszedł na balkon wyciągając z kieszeni telefon. I co miał niby powiedzieć? Miałem straszny dzień. Jak będziesz mieć chwilę to zadzwoń. Będę czekać. Kocham Cię, Renée. Nie, nigdy nie potrafił przyznać się do słabości. Nauczony był walczyć, nie było miejsca na zwykłe słabe człowieczeństwo.
     Utkwił spojrzenie w Amsterdamie, kiedy jego rozmyślanie zostało brutalnie przerwane.
     - Jeeej, wyglądasz jakby ktoś ci umarł. - Flo, wesoła jak zawsze sąsiadka siedziała na swoim balkonie trzymając w jednej dłoni książkę, a w drugiej latarkę. Dopiero po chwili zrozumiała, że była bliska prawdy. - Ups, chyba palnęłam gafę. Jak zawsze zresztą. Mogłabym się czasami zamknąć, ale cóż... Mogę też? - spytała patrząc na trzymaną w ręku mężczyzny szklankę.
     - Lubisz burbon? - zapytał odkładając naczynie na stolik, żeby wrócić do mieszkania po drugą porcję.
     - Nie, ale potrafisz człowieka natchnąć – odpowiedziała z uśmiechem unosząc do góry książkę, by Tony mógł zobaczyć tytuł. Cóż, nie trzeba mu było latarki żeby rozpoznać okładkę swojej własnej książki. - Mogę liczyć na relację z pierwszej ręki?
     Tony pokręcił z rozbawieniem głową wracając do sypialni bez słowa. Chyba cieszył się, że miał dzisiaj towarzystwo w postaci siedzącej na balkonie obok sąsiadki. Zbyt często oddawał się rozmyśleniom, musiał się chyba nauczyć trzymać rzeczywistości.

~*~


A. Hathcock, Druga strona medalu, s. 199.
     Pamiętam ten dzień. Wiem, że obserwowałem nadchodzącego mężczyznę z lekkim uśmiechem. O tak, wiele o nim słyszałem aż w końcu był tutaj – nie w Indiach, gdzie chciałem go spotkać, a w Pakistanie. Jak miałem w zwyczaju całkowicie respektowałem kulturę panującą w kraju człowieka, z którym rozmawiałem, chciałem się dostosować. Nic dziwnego, że kiedy mężczyzna znalazł się tuż obok, pragnąłem okazać mu swój szacunek - pochyliłem się dotykając prawą dłonią stóp starszego od siebie mężczyzny, by dopiero potem uścisnąć jego dłoń.
     Ale czy byliście kiedyś w Pakistanie? Opowiadałem już o Bagdadzie. Wiem, że trudno w to uwierzyć, ale Islamabad również ma swoje piękne oblicze. I żałuję z całego serca, że będzie pamiętane tylko z tej mrocznej, krwawej strony. Ale nie o tym miałem opowiadać. Operacja Czarna Burza, nazwę zna zapewne sporo ludzi. O szczegółach też się nie będę rozpisywać, nie mój cyrk – nie moje małpy. Byłem tam jako cywil. I śmierć wielu cywili widziałem.
     Utknęliśmy w zawalonym budynku. Nie pytajcie, dlaczego to ciągle przydarzało się właśnie nam. I tym biedakom, którzy postanowili zamienić z nami chociaż słowo – zwykle ciągnęliśmy ich na dno razem z nami, żeby potem zgrabnie jakoś się z tego wygrzebać. Jak teraz o tym myślę, miało to swoje śmieszne strony, przecież nie samą wojną człowiek żyje.
     Więc, co robiliśmy? Tak, piliśmy burbon. Skąd? Ja wolałem nie wiedzieć, ale Will zawsze potrafił kupić i przemycić burbon, nawet jeśli szarpało to za jego kieszeń tak konkretnie. Był to jednak powrót do ojczyzny, którego obaj bardzo często potrzebowaliśmy. I może strach mieszał się z rozbawieniem, krew ze łzami. Ale mieliśmy ten cholerny burbon, a jego koniec był dla nas kopniakiem ku wolności. Bo z każdej dziury potrafiliśmy wyjść. Kręgosłup zawsze był cały.
(...)
     I teraz świruję. Ataki, zamachy, ilość zamordowanych, tysiące ofiar. Każde wiadomości przynoszą dodatkową liczbę, a w mojej głowie mnożą się obrazy. Widziałem śmierć tylu ludzi, bliskich osób i wrogów. Ale każdy z nich wcześniej żył, ginął w ramach swojej walki, swojego przekonania, dla swojego Boga. Można powiedzieć, że każdy pretekst jest dobry, ale czy na pewno? Co mi dała każda kolejna przelana kropla krwi? Ja też byłem bojownikiem o wolność. Chociaż nie jestem wierzący, nie do Boga się modliłem. Jeśli jest i patrzy na mnie krzywo, okej. Niech pokaże mi prawdziwe piekło, ale moją rodzinę niech zostawi w spokoju.
     I wtedy postanowiłem, że będę walczył. Zawsze. Do końca. Porażka? Nie ma sprawy, ale tylko wtedy, kiedy przegram walcząc. Nie poddam się. Nigdy. Nawet jak zabraknie burbonu.

~*~

Maker and breaker,
I am the ebb and the flood,
Here and Hereafter,
Sped through the tangle and coil
Of infinite nature,
Viewless and soundless I fashion all being.
Taker and giver,
I am the womb and the grave,
The Now and the Ever”

     Wracał do sypialni cztery godziny później. Nie zamykając drzwi ściągnął z siebie koszulkę i rzucił się na łóżko zastanawiając się czy nie obrócić jeszcze jednego drineczka, ale doszedł do wniosku, że nadal był rozsądnym ojcem i wypadało nie przesadzać, kiedy jako jedyny był w tym mieszkaniu pełnoletni. Westchnął prostując się na łóżku gotów pójść pod prysznic, kiedy jego uwagę przykuła szafka nocna, gdzie w szufladzie leżała jedna ważna rzecz.
     Po chwili obracał w dłoni mały słoiczek do połowy zapełniony magicznymi tabletkami.
     Morfina.
     Fałszywy przyjaciel. Jak bardzo trzeba być głupim, żeby uzależnić się od morfiny? Pilnował się, żeby nie powtórzyła się sytuacja sprzed paru miesięcy, ale nadal nie pozbył się problemu. Znowu miał przed oczami cierpiącą Lily i ampułkę z morfiną, która nieco ulżyła jej w cierpieniu. Prawdziwym cierpieniu.
     Hathcock wstał gwałtownie podchodząc do kosza na śmieci i wyciągnął dłoń, w której zaciskał mały słoiczek. Przecież wystarczyło wyrzucić to draństwo i zapomnieć. Chwilę później odkręcał wodę pod prysznicem pozwalając by lodowata woda uderzała go w twarz. Oparł się czołem o zimne kafelki czując, że coś mu się wymyka spod kontroli.
Tabletki nadal leżały w szufladzie.

_______________________________________________
W tytule: J.D. Salinger <3
 W treści dwa wiersze:
A Love By The Sea i I  Am The Reaper - William Ernest Henley