24 kwietnia 2017

One word can change your whole world

    - Angie! Angie? Gdzie, do diabła, jesteś?!
    Rozbrzmiał głos pełen grozy. Dziewczyna miała przecież ukończone te osiemnaście lat, jednak w obcym kraju wszystko mogło się zdarzyć. Tym bardziej, że płomienie i to, co między nimi, potrafiły strasznie wciągać…
    Przestraszony rudawy chłopak chodził między buchającymi żarem pochodniami, czując pod stopami przyjemnie zimny piasek. Zdecydowanie wolał nocne spacery po plaży, za dnia były za bardzo przeludnione, a kamyczki potrafiły nawet poparzyć. Jednak teraz było coś zdecydowanie ważniejszego.
    Po godzinie bezsensownego buszowania w przerastających go roślinnościach, wrócił do wynajmowanego domku. Tam, niespodziewanie, zastał zgubę.
    Przewrócił oczami, pokręcił głową i chwilę opierał się o framugę jeszcze otwartych drzwi, przez które wpadało księżycowe światło tak, że oświetlało leżącą na łóżku sylwetkę. Była wątła, krucha, ale sama blondynka wydawała się być silniejsza, niż jeszcze kilka miesięcy wcześniej. Czy nawet rok… Albo w ogóle od momentu, kiedy ją poznał.
    Zamknął drzwi i powoli skierował się ku niej. Usiadł delikatnie na łóżku, badając przy tym wzrokiem, czy dziewczyna śpi.
    - Angel? - zapytał szeptem. Wtedy blondynka odwróciła się w jego stronę, uśmiechając się jednym kącikiem ust.
    - Gdzie byłeś? Ominęła cię świetna zabawa…
    - Martwiłem się. Mogłaś zostawić mi jakąś wiadomość - mruknął, opierając się na dłoni. Evans machnęła ręką.
    - Daj spokój. Jesteśmy na wakacjach. Zapomniałeś już? - Zaśmiała się wesoło i zamknęła oczy, wtulając się w poduszkę. Seth spuścił głowę.

    Wiedział, że mieli odpocząć. Przede wszystkim ona. Co prawda obydwoje przeszli ciężką drogę, ale blondynka zdecydowanie była dużo bardziej wycieńczona od niego. Niełatwo przecież porzucić narkotykowy szał, a potem jeszcze opierać się wszystkiemu, co wyrastało przed nią. Wycieczka, na którą się zdecydowali, miała być czymś w rodzaju sprawdzianu, dzięki któremu nie tylko Angel, lecz również - chyba nawet głównie - Seth miał określić, czy dziewczyna jest na tyle twarda i gotowa na to, by zacząć samodzielne życie. Czy będzie w stanie wybrać świadomie i rozsądnie, co jest dla niej naprawdę dobre.
    Pomimo strachu wszystkich, dała sobie radę.
    - Angel, czy…
    - Spokojnie. Jestem czysta.
    Słyszał to każdego wieczoru. Wtedy na jej twarzy malował się właśnie ten spokój, ulga… Bo czy nie piękne jest uczucie, gdy człowiek pozbywa się części swojego największego koszmaru? Wreszcie wyrywa się z obezwładniającej myśli i ciało manii,  jakiejś dziwnej kontroli nad wszystkim, co się robi. Wtedy wreszcie można poczuć się wolnym…
    I nikt też wtedy nie sądził, że będzie to początek zmian w życiu Angel Evans. Takich zmian, których naprawdę nikt się nie spodziewał.


    Spojrzał na zegarek. Dochodziła godzina osiemnasta, więc za oknami zapadał zmrok. Tutaj jakby czas zupełnie inaczej płynął… Znacznie wolniej, a z drugiej strony, kiedy się myślało, że dwudziestoparolatka przebywa w tej klitce tak długo, czasoprzestrzeń jakby się zaginała.
    Kiedy przypominał sobie, jaka była wtedy, podczas ich podróży dookoła świata, nie poznawał jej. Patrzył na bladą twarz Angel i zastanawiał się, jak wiele odmian może mieć dane uczucie, emocja. Kolejny raz dostrzegał spokój, lecz tym razem zupełnie niepokojący, zwiastujący coś bardzo niedobrego. Seth spodziewał się, iż niedługo nastąpi jakiś przełom, ale, niestety, niezbyt pozytywny.
    Odbijając małą piłeczkę od ściany i powtarzając taką czynność kilka razy, chciał sprawdzić, czy cokolwiek może jeszcze dziewczynę drażnić. Kiedyś strasznie się irytowała, gdy to robił. Teraz siedziała bez najmniejszego drgnięcia. Nawet źrenice wciąż były jednego kształtu. To już przypominało jakąś cholerną hipnozę.
    - Kurwa! - Warknął i wyszedł z pomieszczenia. Trzasnął drzwiami po czym oparł się na nich, zasłaniając twarz dłońmi. Czuł się tak strasznie bezsilny. Nie sądził, że może być aż tak źle.
    Z drugiego końca korytarza zaczęły dobiegać krzyki. Wreszcie coś się dzieje - pomyślał. Miał już dosyć ciszy ogarniającej go zewsząd. Postanowił sprawdzić, co się dzieje.
    Po krótkim spacerze zobaczył małego chłopca siedzącego nad rozbitym szkłem. Płakał, zaciskając w dłoniach brązowego misia. Starsza kobieta z lekką nadwagą stała przy nim z opartymi rękami po bokach, kręciła głową i ciężko oddychała.
    - No i coś narobił?! Teraz trzeba będzie to posprzątać!
    - Niechże się Pani na nim nie wyżywa… - Burknął Seth, marszcząc brwi. Kucnął przy chłopczyku, uśmiechając się do niego. - Hej, jestem Seth. Zobacz, mam tu coś takiego - mówiąc to, wyjął z kieszeni piłkę, którą jeszcze przed chwilą się bawił. Mały blondynek wyraźnie zainteresował się przedmiotem i przestał szlochać. Kobieta zaś zaczęła coś mruczeć pod nosem, ale chwilę później zniknęła. Dzięki Bogu, bo kolejnej wariatki by nie zniósł.
    Usiadł pod ścianą, już bez słów, pokazując nowemu koledze, jak grać. Dowiedział się w międzyczasie, że zielonooki pięciolatek ma na imię Alex. Ma “problemy ze sobą” - jak to stwierdziła jego mama, wysyłając go na oddział psychiatryczny. Alex nie do końca wiedział, dlaczego tak naprawdę się tutaj znajduje. Rzadko widywał swoją rodzicielkę, a gdy już to się działo, ta od razu na niego krzyczała, jeśli tylko, nawet przypadkowo, coś zepsuł. Posiadali drogie sprzęty w domu, więc pani Marks nie była zadowolona, gdy jej syn pozbywał się kolejnej zakupionej ekstrawaganckiej rzeczy. Chłopiec stawał się coraz bardziej nadpobudliwy, aż zaczął mieć problemy z jedzeniem. Co mogło być oczywiście reakcją stresową, ale kto by się tym przejmował? Pozbycie się problemu w ten sposób było prostsze. No i nie trzeba było się niczym przejmować. A pieniądze potrafiły zrobić swoje.
    W pewnym momencie, podczas ów rozmowy, do Meyera coś dotarło.
    - Słuchaj, Alex. Może chciałbyś poznać moją przyjaciółkę? Pięknie gra i śpiewa, jest bardzo utalentowana. Co prawda teraz ma… też problemy ze sobą, ale może się dogadacie? - Zaproponował, zerkając na rozmówcę. Alex początkowo był sceptycznie nastawiony do tego pomysłu, jednak po tym, jak Seth obiecał mu szybki kurs rysunku, poderwał się na nogi i czym prędzej ruszył przed siebie. Seth zaśmiał się i zaprowadził go do Angel.
    Sam nie był przekonany do tego “eksperymentu”. Chciał zrobić wszystko, co tylko było możliwe, żeby jakoś pobudzić blondynkę, przywrócić, choć w najmniejszym stopniu, do świadomego życia. Skoro nic nie pomagało, to może i to jej nie zaszkodzi? Bo chyba gorszy stan, w jaki mogłaby wpaść, to już całkowita śmierć.
    Wziął głęboki wdech. Denerwował się; chłopakowi drżały i trochę pociły się  ręce, z trudem przełknął ślinę. Nie wiedział, jak blondynka zareaguje. Czy w ogóle…
    Malec spojrzał na niego. Jego oczy były wielkie… Prawie tak samo przerażające, jak oczy Angel. Co prawda nie były lodowo niebieskie, ale ta ich intensywna zieleń przypominała ziemię - ostrą, wiosenną, a jednocześnie kojarzącą się ze świeżymi źdźbłami wprost z horrorów. Ciężko było je opisać - łatwiej poczuć na własnej skórze.
    Nacisnął klamkę, przepuszczając go przed sobą. W pomieszczeniu panował półmrok, tylko światło księżyca padało na siedzącą postać. Deja vu? Tym razem, zamiast ciepłego powiewu, sam widok mroził do samych kości.
    Seth skinął głową, lekko popychając Alexa w stronę Angel. Ten, ściskając coraz mocniej misia, trochę z oporem usiadł po turecku przed nią, lustrując dziewczynę spojrzeniem od stóp do głowy. Miał wrażenie, że jest ona jakimś posągiem, zaklętą duszą w kamieniu.
    - Piękna jest ta pani - szepnął, nie odrywając od niej wzroku. Wręcz go zafascynowała. Meyer kiwnął głową i uśmiechnął się pod nosem. Czyżby to była jego pierwsza w życiu miłość…?
    Potrafiła przyciągać mężczyzn….

     ....Przytulił się do niej, zupełnie po przyjacielsku. Nie wiedział, jak długo tutaj zostaną - w planach mieli zwiedzenie jeszcze trzech krajów. Potem… Co miało być potem? Nie rozmawiali na ten temat. Czas biegł jakby obok nich, nie musieli się niczym przejmować. To było takie cudowne. Widok Evansównej uśmiechniętej, tak prawdziwie cieszącej się życiem. Grającej co wieczór na plaży dla napiwków (całkiem sporych!), przy kotlecie wśród muszelek, w morskim wydaniu. Ludzie stawali przy niej i słuchali, albo też kierowali się do Setha, by ten zrobił ich rysunki. Tak ta dwójka zarabiała na siebie, korzystając ze wszelkich uroków danego otoczenia. Meyer wiedział, że to nie będzie trwać wiecznie, ale też czuł, iż wreszcie nastanie jakiś lepszy czas. Momentami tylko zastanawiał się, czy ich relacja mocno na tym ucierpi…
    Czy ją kochał? W zasadzie...  Gdyby mówić tu o jakimś głębszym uczuciu, zdecydowanie trzeba wspomnieć o miłości platonicznej. Nie musieli mówić, żeby się zrozumieć; spojrzenia wystarczały, jakiś drobny dotyk. Obydwoje czuli się przy sobie bezpiecznie… Do momentu, kiedy ktoś jej nie “kradł”.

Każdego wieczoru w końcu znikała z jakimś nowo poznanym facetem. Nie chodziło wcale o seks; szukała wrażeń, nowych osobowości. Oczywiście, czasem takie spotkania kończyły się różnymi zbliżeniami. Jak się okazało, niedługo później miało to na nią ściągnąć kłopoty, wywracające do góry nogami całe życie. Zanim jednak to nastało, dziewczyna pławiła się w komplementach na temat swojego wyglądu, sposobu bycia - chodziło głównie o osobowość prawdziwej do szpiku kości artystki - spojrzenia na życie i radości (!) wylewającej się z niej na każdym kroku. Meyer nigdy nie sądził, że może doprowadzić swoją towarzyszkę do takiego stanu. Teraz również w to wątpił, jednak z zupełnie innych powodów.
    Ciężko było patrzeć, jak odchodzi. Mimo, iż wracała rankiem, wiedział, że coś mu ucieka. Czy raczej ktoś. Wiedział, że znaczy dla niego więcej, niż jakakolwiek inna osoba. Nie potrafił dokładnie określić ich relacji… Ona też nie. Omijali tę kwestię szerokim łukiem.
    - Nie idziesz dziś nigdzie? - Spytał przysypiając. Blondynka zmrużyła oczy, rozciągnęła usta w wąską kreskę i pokręciła przecząco głową.
    - Nie mam ochoty. Jestem zmęczona. A ty? Może wreszcie poszukałbyś sobie kogoś, hm? - Trącając go łokciem jednocześnie obróciła się w stronę przyjaciela, by móc mu się przyglądać. Nigdy nie widziała go z żadną dziewczyną. Czasem łapała się na tym, jak brunet na nią spogląda… Było to zdecydowanie “podejrzane”. Tym bardziej w momentach, takich jak teraz, kiedy jego reakcja na tego typu pytanie zawsze była taka sama.
    Prychnął gniewnie i zatopił twarz w poduszce.
    - Śpij już, jutro pewnie znowu odwiedzi cię ten… Jak mu było?
    - Jonatan…Gardner... - mruknęła. Wiedziała, że nie ma sensu ciągnąć tematu, więc z powrotem się obróciła i szepnęła “dobranoc”. Bała się myśleć o tym mocniej. Bała się samej siebie.
    I tak. To był TEN Jonatan Gardner.


    Łapnął się na tym, że znowu rozpamiętuje stare czasy. Podrapał się po nieogolonej brodzie, podbródkiem dając znać Alexowi, żeby z nią spróbował porozmawiać. Nie było to łatwe zadanie, nawet dla dziecka, które przecież charakteryzuje się olbrzymią wyobraźnią i fantazją… Gadanie do kukły nie jest tak ciekawe, jak się zapowiadało. W końcu blondynek przysunął się bliżej niej, ostatecznie wstając i siadając obok dziewczyny. Zmarszczył brwi i wydął usta, przekrzywiając delikatnie głowę. Meyer stwierdził, że najlepiej będzie, jak zostawi ich samych.
    Czyniąc to, przeszedł na korytarz. Pragnienie dało o sobie znać, suchość w ustach i gardle stała się nie do wytrzymania. Jakby te całe wspomnienia paliły go od środka, jak najgorsza zgaga.
    Niedaleko stał automat, więc wyjął z kieszeni spodni parę moniaków i wybrał kawę, wreszcie upijając jej łyk. Uwielbiał smak i aromat tego napoju… I chyba nie tylko on, ponieważ zaraz zmaterializowała się obok niego postać innego mężczyzny. Dobrze znanego, zresztą.
    - Też do niej? - Spytał Seth, przyglądając się staremu znajomemu. Max, zamierając w bezruchu, powoli podniósł głowę i wrzucił pieniążek do maszyny. W pierwszej chwili nie wiedział, kim jest bladolicy chłopak, więc uznał, że prawdopodobnie go z kimś pomylił.
    - Do mnie mówisz?
    - A widzisz tu kogoś innego? - Prychnął, dalej pijąc kawę. Zaś  ciemnooki mężczyzna wyciągnął rękę po parującą ciecz i opadł na siedzenia pod ścianą, chcąc się wzmocnić przed wejściem do pieczary smutku i tragedii w postaci Angel. Dopiero teraz coś mu zaczęło świtać.
    - Kojarzę cię. Powiesz mi, skąd się znamy? - Uniósł jedną brew, pytając nieco oschłym tonem. Meyer o mało co się nie popluł ze śmiechu.
    - Kpisz sobie? Jestem przyjacielem Angel, mieszkaliśmy razem u Marcosa i Mii...
    - Aaaaa! To ty byłeś jej cholerną przyzwoitką, która latała za nią gdzie tylko się dało? - Spytał cynicznie Max, charakterystycznym dla siebie sposobem i tonem. - Co tu robisz? Nagle cię przywiało? Sory, stary, ale sam widzisz, w jakim jest stanie. Raczej sobie nie poplotkujecie przy kawce o tym, co u was słychać - dodał. Sethowi z nerwów aż zrobiło się gorąco. Rzucił do połowy pełnym kubkiem w kąt, podchodząc do niego i łapiąc za koszulę. Zbliżył jego twarz do swojej, a w jego oczach tańczyły gniewne błyski. Miał wielką ochotę go rozszarpać.
    - A ty zrobiłeś coś, żeby jej pomóc? Czy tylko ucieszyłeś się z faktu, że jest jak jest i wykorzystałeś okazję, zabierając jej dziecko? A może sam, ZNOWU, wciągnąłeś ją w dragi, jak parę lat temu? Przecież to ty ją wpakowałeś w to bagno! - syknął. Max również nie wytrzymał, krew w nim zawrzała.
    Odepchnął od siebie chłopaka, wstając. Przyparł go do ściany - był zdecydowanie silniejszy i wyższy. W ogóle bardzo się od siebie różnili.
    - Gówno wiesz o mnie i o niej. Co ci powiedzieli, hm? Że taka z niej biedna mamusia, a ja, jebany skurwysyn, zabieram od niej synka? A powiedzieli ci, że ona w ogóle go nie chce?! - Warknął ostro, zaciskając pięści. - I ćpała znacznie wcześniej! Wiesz, kim ONA NAPRAWDĘ JEST?!

    Kim jestem… Kim jestem… Kim się stałam… Kim byłam…?

    Głosy zza drzwi dobiegły do środka pomieszczenia. Alex przestraszył się ich, więc początkowo nie robił nic. Ciekawość jednak była silniejsza, więc obrzucił blondynkę spojrzeniem i podszedł do drzwi. Przez kilka sekund nasłuchiwał i robił to tak intensywnie (coraz mocniej przyciskając ucho do zamka), że przez przypadek, pod wpływem ciężaru, otworzył je, wypadając na korytarz. Widok dwóch mężczyzn tak go przejął, że nie zwrócił uwagi na to, co dzieje się z dziewczyną. Nie widział, jak jej źrenice nagle powiększyły się, a ręka drgnęła. Puls się zwiększył.
     Zarówno Max i Seth momentalnie zaprzestali swoich działań i skupili się na chłopcu. Meyer całkowicie o nim zapomniał, a de Jong zbladł.
    - To jej?! Wasze…? - Jęknął będąc w szoku. Chłopiec był tak łudząco podobny do Evans… Nie widzieli się przecież parę lat, ale nic nie wspominała o dziecku.
    Meyer plasnął sobie dłonią w czoło i wywrócił oczami, odpychając go od siebie.
    - Ta, chyba by mnie musiała zapłodnić. Idiota - fuknął, zbierając malca z podłogi.
    - Nie wiem, z iloma się puszczała.
    Nie wytrzymał. Jednym ruchem obrócił się i prawym sierpowym sprzedał Maxowi cios w twarz. Ten, nie spodziewając się ataku, zachwiał się i upadł na podłogę. Alex stał jak wryty i śledził uważnie całą sytuację. Jego nowy kolega pociągnął go za sobą, kierując się do pokoju zielonookiego. Wcześniej, w trakcie rozmowy, dowiedział się, gdzie przebywa.
    - Kim był ten pan?
    - Lepiej, żebyś nie wiedział - mruknął ściskając mocniej jego dłoń. Po chwili nie było po nich śladu.

    Siedząc na ławce przed szpitalem, miał natłok myśli. Straszne wyrzuty sumienia zaczęły nim targać, nie mógł usiedzieć na miejscu. Chodził dookoła drzewa, śmietnika, i to parę razy, więc nie zdziwiłby się, gdyby to jego wzięli za jednego z tutejszych wariatów. Analizował to, co powiedział mu Alex… Czyli, w zasadzie nic. Bo nie zrobiła żadnego odruchu, nic nie powiedziała. Był bezradny. Mógł tylko patrzeć i czekać, aż blondynka całkowicie zniknie z tego świata. Nie mógł tego wytrzymać. Czuł, jakby coś jednocześnie go paliło i uderzało lodem od środka. Zamarzał i płonął, to było nie do zniesienia.
    Co by było, gdyby ją w odpowiednim momencie zatrzymał? Co by się z nią stało, gdyby po ich ostatniej wspólnej podróży poleciał za nią, próbował dziewczynę odnaleźć? Dlaczego musiał zachować się jak ostatni kretyn i unieść się… No właśnie, czym?
    Czy wtedy faktycznie ją kochał? Czy kochał ją wciąż? A może lepiej było, że dał jej odejść? Przecież nie mógł na siłę trzymać Angel pod kluczem i zmusić do tego, by go pokochała i z  nim była. To tak nie działało. Nic nie szło tak, jak powinno. Nie istniała żadna choć minimalna część instrukcji do tej nieokrzesanej, dziwnej, ale jak niesamowitej dziewczyny, którą była Evans. Nigdy nie spotkał kogoś takiego. Zamiast tego, powoli usuwał się z jej życia, choć utrzymywali jakiś kontakt ze sobą. Ale nie mógł sobie teraz wybaczyć tego, że tak po prostu wypuścił ją z rąk, skoro… Skoro z nim była naprawdę szczęśliwa… A przynajmniej do pewnego momentu.
    - Szlag! - Uderzył pięścią w korę drzewa, przez co ta odbiła się na jego skórze pozostawiając czerwony ślad. Nie zwracał teraz na to uwagi. Serce kołatało mu coraz mocniej, oddech znacznie przyspieszył. Czuł, że zaraz wybuchnie, nie wytrzyma. Nie potrafił tak. Po prostu nie umiał.
    Wrócił do środka szpitala, wjechał na odpowiednie piętro windą, by następnie biec do pokoju Angel. Na szczęście znajdowała się tam tylko ona, więc nie musiał dodatkowo męczyć się z Maxem. Wolał go już więcej nie widzieć.
     Klęknął przed dziewczyną, mając wrażenie, jak sam się rozpada, gdzieś w środku. Złapał ją za przeraźliwie chłodne dłonie, zacisnął usta i próbując się uspokoić jeszcze raz spojrzał na nią.
    - Przepraszam. Angie, przepraszam, że byłem takim debilem, że nie rozumiałem. Przepraszam, że myślałem tylko o sobie. Wybacz mi… - mruknął z trudem. Zawsze miał kłopot z uzewnętrznianiem swoich odczuć. To jakby próbować uderzać śnieżką w betonowy płot z nadzieją, że się nią go przebije. - Przepraszam, że nie poczekałem, że nie byłem prawdziwym przyjacielem. Bo to nim powinienem być, mimo wszystko - westchnął ciężko. Wiedział, iż to czas, kiedy naprawdę pora się pożegnać. To nadchodziło, nic nie dało się z tym zrobić. Taka była kolej rzeczy, tak miał potoczyć się los. Tak, jak to miało miejsce kilka lat temu….

    - Zostaję – odparł, opierając się o ścianę. Spuścił głowę czekając, aż zacznie na niego krzyczeć, wściekać się, może nawet czymś rzucać. Ale ona tego nie zrobiła. Jedynie podniosła się, zostawiła wszystko na podłodze i do niego podeszła. Zmarszczyła brwi, uważnie go obserwując.
    - Co powiedziałeś...? – szepnęła, a ich usta dzieliły dosłownie centymetry. Chłopak chwycił delikatnie jej twarz, patrząc dziewczynie głęboko w oczy.
     - Nie chcę już uciekać. Chcę z tym walczyć. Mam dość – wyszeptał. – Zostań. Spróbujmy razem. Będzie dobrze, zobaczysz – mówił bardzo spokojnie, jakby nie chciał zagłuszać ciszy panującej w pokoju, jak i delikatnego szumu morza, które znajdowało się tuż za oknem.
    - Żegnaj – mruknęła cicho. Odsunęła się od niego, zarzuciła na siebie gitarę, sięgnęła po plecak. Skierowała się pospiesznie do drzwi, a gdy już miała przez nie wyjść, usłyszała jeszcze za sobą...
    - Nie umiesz kochać, skarbie.


     Żałował tego z całego serca. Nienawidził siebie za to wszystko. Powinien wiedzieć, czego ona naprawdę pragnie, dać jej odejść, by mogła wrócić, a nie zamykać przed nią drzwi. Mogli przecież walczyć z tym wszystkim na inny sposób. Odległość tak naprawdę nie miała znaczenia. I świadomość tego rozsadzała mu duszę i głowę coraz silniej. Teraz, po tym wszystkim, co usłyszał o niej od Marcosa wiedział, że to on zawinił najbardziej. W końcu to słowa Setha rozbrzmiewały w umyśle blondynki przez resztę życia, nie mogąc się uciszyć ani na chwilę. To była jego wina. To przez niego całe te cholerne lata uważała, że nie potrafi kochać.
    Poddał się. Nie miał śmiałości teraz już o nią walczyć. Musiał poukładać sobie to wszystko. Nie chciał jej jeszcze bardziej zaszkodzić.
     Potrząsnął głową, przybliżył do swoich ust jej ręce i pocałował delikatnie. Zasłonił sobie nimi potem oczy, oddychając ciężko. Nagle je puścił, wstał, uniósł głowę i westchnął głośno. Ostatni raz pochylił się nad nią, przeczesując palcami włosy Angel.
    - Przepraszam. To było ostatni raz. Nigdy więcej się to nie powtórzy - sapnął. - Jeśli mogę… To proszę, zostań. Jeśli naprawdę już nie masz siły i nie chcesz… To odejdź. Damy sobie radę - wycedził przez zęby, z olbrzymią trudnością. - Ale jeśli nie… Błagam, wróć. Cokolwiek się działo, cokolwiek jest, cokolwiek będzie… Wróć. Tak jak zawsze wracałaś. Gdy będziesz gotowa, wróć. A teraz, Angel Evans, żegnaj. I wiedz, że CZEKAM. I już nie uciekaj od tego, kim naprawdę jesteś...
    Odsunął się od niej w pół sekundy i równie szybko wyszedł z pomieszczenia. To było ponad jego siły. Ponad wszystko…
     Nawet ponad bariery, kajdany, które gdzieś trzymały jej duszę, głos, spojrzenie… Życie. Nie dające się opisać uderzenie trafiło ją jak strzała, która przebija najtwardszy materiał, docierając prosto do serca. Każdy urywek z przeciągu całej egzystencji wirował przed jej oczami, sceny ze wszystkich wydarzeń splatały się ze sobą, odtwarzały film, ale już nie niemy, a pełen kolorów i dźwięków. Tak, jakby maszyna losująca była bliska przegrzania, i wszystkie piłeczki odbijały się o szybę, napędzając komórki w ciele i neurony w mózgu do intensywniejszej, wydajniejszej pracy.
     Coś się z nią działo. Oczy szeroko się otworzyły, a wargi rozsunęły. Pomimo tego, przestała oddychać. Palce mocno wbiły się w prześcieradło; wyglądała strasznie. Jakby miała udusić się samą sobą.
     W tym samym czasie na korytarzu Max minął się z Sethem, nie odzywając się ani słowem. Przykładał do policzka lód, wracając do Evans. Nie sądził, że zastanie taki widok.
    - O kurwa…! - Natychmiast chciał zawołać lekarza, ale kolejna sytuacja mu w tym przeszkodziła. Matka jego dziecka zaczęła krzyczeć tak, jakby obdzierano ją ze skóry bez znieczulenia, więc rzucił wszystko i przybiegł do niej, mocno ją przytulając. - Angel, Jezu, już, już… Już, ciii, proszę, siostro!!!! - Wrzasnął, próbując wezwać pomoc. Przytulał dziewczynę coraz silniej, kiedy ta nagle zaczęła płakać. Wręcz wyła, jakby chciała wypluć z siebie całe nieszczęście, które ją spotkało przez całe życie. Wzrok stał się wyrazisty, policzki zaczęły nabierać rumieńców. Skóra stała się z każdą chwilą coraz bardziej ciepła, wręcz gorąca. Dostała drgawek.
    Do pokoju wbiegła pielęgniarka, a wraz z nią Mia i ojciec, którzy akurat chcieli odwiedzić dziewczynę. Sami prawie stracili przytomność. Zaraz po nich zjawił się lekarz. Podał Evans środek uspokajający, a potem zaczął badać.
    - Wiesz, gdzie jesteś?
Brak odpowiedzi.
    - Wiesz, jaki jest dzień? Który mamy rok, miesiąc?
Brak odpowiedzi. Znowu nieme leżenie bez żadnej oznaki świadomości. Wszyscy stracili ostatnią nadzieję.
    - Znowu… To jest już koniec - jęknęła Mia. Charles wyszedł z pielęgniarką, bo prawie zemdlał. A Max załamał się i usiadł pod ścianą.
    - Ona w ogóle wie jeszcze, kim jest? - Rzucił od tak. I stało się coś niezwykłego.
    - Jes… Jest… Jestem A… Angel. Angel Evans...
    I wtedy właśnie dźwięk znowu zaczął w jej duszy grać. 


______________________________________________________________________

Jakoś tak czułam, że muszę ją dodać. Żeby nie było aż tak smutno, choć pewnie i tak jest. 
Dla zainteresowanych, o jaką sytuację chodziło, odsyłam TUTAJ (czyi do mojej notki napisanej 5 lat temu).
Życzę miłej lektury!